"Dziewczyny atomowe" - recenzja książki


Wyobraźcie sobie, że mieszkacie w miejscowości, która oficjalnie nie istnieje. Pracujecie w zakładzie, którego nazwa to tajemniczo brzmiący skrót (Y-12). Wykonujecie pracę, która polega na kręceniu pokrętłami i obserwacji strzałek - nie znacie nazwy urządzenia, przy którym siedzicie, nie wiecie tak naprawdę, na czym polega wasza praca, ale i tak z nikim nie możecie o niej rozmawiać. Jesteście cały czas obserwowane przez szefów, ale także przez koleżanki oraz kolegów, wojsko i tajne służby. Mieszkacie w kiepskich warunkach, idąc do pracy codziennie brodzicie w błocie, stoicie w niekończących się kolejkach. Wszystko dlatego, że pewnego dnia przyjechałyście do tajemniczego miasteczka, skuszone dobrymi zarobkami oraz chęcią pomocy przy jak najszybszym zakończeniu trwającej właśnie II wojny światowej.
"Dziewczyny atomowe" to niezwykła opowieść o codziennym życiu tysięcy młodych ludzi (w tym przeważającej ilości kobiet) w bardzo niecodziennych okolicznościach. Denise Kiernan, autorka tej książki dzieli się z nami wciągającą historią, do tej pory nie do końca jeszcze poznaną, widzianą oczami młodych kobiet, pracujących przy powstaniu pierwszej bomby atomowej.


 Do tej pory Projekt Manhattan kojarzył mi się głównie z nazwiskami Oppenheimera i Fermiego. Nie miałam pojęcia o tym, jak naprawdę wyglądał proces powstawania bomby atomowej - oczami wyobraźni widziałam zawsze raczej jakieś małe laboratorium i pochylonych na mikroskopami uczonych niż miasto, liczące 75 tysięcy mieszkańców, w którym w dzień i noc wzbogacano uran.


 W historii opowiedzianej przez Kiernan splatają się losy kilkunastu bohaterek, które po latach milczenia chciały opowiedzieć o tym, jak żyło się w mieście, które oficjalnie nie istniało i o pracy, która przyczyniła się do zakończenia II wojny światowej.


 Bohaterem książki Kiernan jest także samo miasto Oak Ridge. Wybudowane od zera, na terenach odebranych przez rząd amerykański prawowitym właścicielom, mieściło tajne i najbardziej zaawansowane kompleksy  przemysłowe i urządzenia pozwalające wzbogacać uran. A ponadto dziesiątki tysięcy budynków mieszkalnych, sklepów, kin, torów wrotkarskich, boisk - wszystkich miejsc potrzebnych jego mieszkańcom.


 Miasto, które było jedną wielką zagadką, w którym tylko kilka osób wiedziało, co tak naprawdę się dzieje. Na każdym kroku mieszkańcom przypominano o zachowaniu tajemnicy, chociaż trudno opowiadać na temat pracy, o której tak naprawdę niewiele się wie.


Opisując bohaterki swojej książki, autorka nie stara się ich oceniać, nie wpada w moralizatorki ton, nie wypowiada się na temat słuszności użycia bomby atomowej. Kreśli historię zwykłych młodych kobiet żyjących w bardzo niezwykłym mieście, wykonujących pracę, która przyczyniła się do rozpoczęcia nowej, atomowej ery.


Cieszy mnie fakt, że na polskim rynku pojawia się coraz więcej książek poświęconych II wojny światowej i kobietom, które na równi z mężczyznami, brały w niej udział. Nie zawsze stały na barykadach, ale ich wkład i poświęcenie na drugiej linii frontu, zaczyna być w końcu doceniany. Po "Dziewczynach wojennych" Łukasza Modelskiego (także wydanych przez Znak), amerykańskie "Dziewczyny atomowe" to kolejna pozycja, po którą naprawdę warto sięgnąć.
Na oficjalnej stronie polskiego wydania znajdziecie konkurs, w którym do wygrania jest 15 egzemplarzy książki, a każda osoba, która prześle swoje zgłoszenie otrzyma 40% rabat na zakup "Dziewczyn atomowych".

A już niedługo na blogu wpis poświęcony  filmom, wzornictwie, architekturze i modzie zainspirowanych erą atomową.


No comments:

Post a Comment